piątek, 2 października 2009

Krzysztof Pieczynski

-1-

Dlaczego nie dałeś mi Boże
gdy czegoś tak gorąco pragnąłem
a dałeś mi wszystko gdy zmęczony
skłaniałem głowę ku łożu
nie rozpamiętywałem sukcesu i sławy
a ledwie miałem sił by pomyśleć
"och, wiec jednak spełniło się".

-2-

Nawet gdybym mógł fruwać
i stałbym w niebiańskim świetle
a nie mógłbym się tym podzielić
cóż by mi z tego przyszło
prowadź więc do tego co piękne
i pozwól wrócić i opowiedzieć

-3-

Po co jest welon na twarzy wdowy
po to by nie widzieć jej oblicza?
O mnie, chroni ją przed zaglądaniem
za złote kontury wymiarów
by ten co odszedł
mógł iść w pokoju
tam dokąd ma iść
by nie czuł na plecach jej wzroku
po to jest welon na twarzy wdowy

-4-

A gdyby mi przyszło
pożegnać samotność
pożegnałbym ją z żalem
bo przecież była mi wierna
i była ze mną tak długo
pożegnałbym ją w dzień
kiedy pada deszcz ze śniegiem

-5-

Gdybym wielkie spienione morze
z białymi falami zamknął w obrazku
nie nie zrobiłbym tego
lecz gdybym miał prawo
nadałbym twoim rękom skrzydeł
by mnie z cienia przeniosły do blasku

-6-

Duszo moje tak bardzo
tęskniłaś za rajem
a dostałaś tylko mnie
i co teraz poczniesz
w mym ciele tak samotna
nad ranem

Ludzka miłość

Kochaj mnie Boże
za Twoją miłością
mój oddech się wznosi
i bez niej bezradnie opada

Kochaj mnie Panie
za łyk wody
szli przez pustynię
ja za Twoje spojrzenie
ciagnę po niej sanie

Kochaj mnie miła
bo bez ciebie
do Niego muszę mówić
a Jemu może
moja mowa niemiła.

Słońce

Nie będę czekać na jesień
nie będę czekać na deszcz
nie będę czekac na ciebie
choć moze poczekam kto wie

Będę czekać na liście suche
będę czekać na krople małe
będę czekać tęsknie na duszę
dla ciebie i dla mnie

Będę wstawać co rano
będę chodzić cały dzień
by z końcem dnia położyć
przy tobie moje ciało i cień

-7-

Chcę ci dać prezent i dlatego
zdejmę ten obraz ze ściany
i na dzień powieszę go w szafie
a później gdy noc nastanie
ten obraz wyciągnę z szafy
i powieszę na ścianie
w ten sposób sprawię
że ani jeden dzień ani noc
nie będą dla ciebie jałowe
bo za dnia spragniona obrazu
będziesz czekała nastania nocy

-8-

Gdybyś cierpiała w upalnym słońcu
niechby drugie świeciło mi za plecami
wówczas cień rzucałbym przed siebie
który chroniłby się przed promieniami

Gdyby dokuczał ci deszcz natrętnie
przemoczył włosy i wpadł pod koszulę
dotykał oczy twych ust i piersi
poćwiartowałbym zuchwalca za zuchwałość

I gdyby nastał dzień suszy wielkiej
tak wielkiej że siła twego słowa
spadłaby do stóp liściem październikowym
sprowadziłbym deszcz bo wiem ze cię kocha

-9-

By się tobie spodobać
włoże koronę na głowę
by cię oczarować
pomaluję skronie

Ach powiedz coś jeszcze
by łaskawość twą zdobyć
konia ukłuć ostrogą
na rynku zwariować

Chcesz wodą drzewo skropię
napoję nawet ryby w stawie
ptakom przebiję myślom głowy
by ciebie przywiodły do mnie

Teraz słuchaj co mówię
gdy czytasz te słowa
ja za tłustą bramę srebra
uciekam i się chowam

Bo gdy anioły cię przywiodły
w najmizerniejszej sukni
byłaś zbyt piękna zbyt cudowna
bym cię mógł po prostu kochać

-10-

To jest twoje:
łąki i obrazy łąk
lasy i obrazy lasów
słowa i pieśni tych słów
oczy i jej osoba
włosy i jej głowa
usta i to ze mógłbym je całować
dłonie i to ze mogą nieść
stopy i to że mogą nieść
to wszystko jest twoje
a moja jest wdzięczność
i jeśli osądzacie mnie
to bądźcie dla mnie surowi
bym mógł o wybaczenie prosić

-11-

Chcę ciemności i to pełnej
nie chcę półmroków ani cieni
bo tylko ciemność możesz rozjaśnić
w niej rozbłysnąć i się objawić
niech więc będzie ciemno i ciężko
byleś odwiedził mnie i to prędko

Aleksander Jurewicz


Temat II dla Niej


już zaczynałem poznawać to miasto
powoli wychodząc w pochwy snu
zaglądając w twarz czarnym tytułom
gazet leżących na bruku
jeszcze nie wiedziałam co zrobić z sobą
przyjechałem tu z prawem do jednego pytania
co robiłaś w grudniu?
i widziałem jak przebiegłą skulona pod murem
niosąc we wnętrzu nie rozwiązany płód
z włosami rozwianymi strachem
i ciagle widzę ten portret kobiety
rozstrzelanej miłością
co znaczyło teraz to zadymione miasto dla
niej i dla mnie
i okna zamknięte przed krzykiem mew
już zaczynałem poznawać to miasto
obudzony z przerażeniem ze muszę
żyć z tobą
że płaszcz masz czerwony jak krew

kocham cię.


* * *

między jednym oddechem a drugim widziałem
ludzi uciekających ulicą zamkniętą
rękoma wołającymi o wodę
przechodziłem obok spokojny jakbym
wierzył ze jutro wrócisz z
twarzą tak samo jak wczoraj
wtuloną w kołnierz płaszcza
dlatego nie włączyłem się w ten
tłum uciekający przed spojrzeniami
własnych dzieci
na jednej z bocznych ulic dostrzegłem
ojca rozstrzeliwanego
moim wzrokiem

tego dnia w domu położono świeży obrus
na stół.


* * *
kiedy z wszystkich cel pozdejmowano kraty
staliśmy się bardziej podejrzliwi
(nawet o jedno za długie spojrzenie w niebo)
pierwszy który to odkrył
stał teraz oparty o własny wyrok i
szeptał o przemijaniu
stoimy wszyscy naprzeciw zapisanych ścian i żaden
i zadem z nas nie może w tej chwili odmienić
przez przypadki słowa wolność
jakby nagle rozebrano nas z myśli i słów
każąc biec w stronę lasu za którym
kończy się życiorys


Sen który na pewno nie był miłością

o piątej nad ranem ulicą długą jak bandaż
przebiegł skulony Celiene w rozpiętej jesionce
ze starą walizką pustych aktów urodzenia
(bagaż z podróży którą kiedy tak ładnie nazwał
podróży już przerwanej przeczytaniem rozkładu jazdy)
niedaleko piekarni zaczepił moją pierwszą kobietę
cierpiącą na bezsenność ( którą sam byłem)
pytając czy nie może odsprzedać niedużej
trumny na własny użytek
że nie wystarcza mu ta małą walizka
której otwieranie przypominał strzał
z rewolweru w usta

. . . . . . . . . .
a ja myślałem jak dobrze że
miłość która na pewno nie była snem
budzi mnie w pustym przedziale drugiej
klasy pociągu pośpiesznego


Pęknięta (II)

Są jeszcze porty do których będziemy płynąć
gdzie jęki kobiet będziemy brać za miłość.
I kiedy nagle pękną w nich nasze nasienia.
nawet gdy siedzimy w jazzie
a na wargach jeszcze nie osiadła wściekłość
W tobie i we mnie
epoka Beatlesów jeszcze trwa.
Musisz być cierpliwa .
Bo niedługo pęknie i
powoli będzie odbierało nam życie.
Nauczymy go stać przy murze.
Nauczymy do wypowiadać wojnę.
Nauczymy go samotności.
Narysujemy mu inne niebo.

Musisz być odważna.


Sama tego chcesz

inna była wtedy tamta ulica
ten facet który codziennie ostrzy na rogu
nie mógł dać mi jednoznacznej odpowiedzi
czy robi to na kolejną noc długich noży
że przynoszą mu a on dorabia na syna
dwudziestoletniego poetę budki z piwem
(trochę niższy od ciebie-mówi)
kolor czerwony nie jest kolorem szczęścia
tak samo jak biały
pomyślałem przechodząc obok kwiaciarni
niedługo Święto Zmarłych powiedziała jedna
do drugiej
zacząłem szukać kogo by z tej okazji odwiedzić
lista była długa i nieciekawa
chyba z tymi nożami to nie taki
głupi pomysł jeżeli bardzo się chce
i ma się wolny czas tylko żeby
ręka nie zadrżała jak wtedy gdy
tłumaczyłem starej kobiecie ze dworzec
to nie prosektorium i ze
podróż wcale nie boli.


Którym zaciskacie palce

Bo wiesz jest przecież ten ból
lecz ja go nazwać nie umiem
i ja ci go niosę jak świeżo narwany
bukiem Podnoszę do twarzy
Wiem Nikt nie potrafi zatrzymać krwiobiegu
nagle zmieniającego kierunek Gdy już
w miękkim śnie śnie białej kroplówki
Lecz ktoś musi być Zrobić to Dopisać
swoją wargą przerwany w połowie
Przecież liczy się nie tylko śmierć której
załamał się głos Przecież nie tylko ta
odwrócona kartka papieru
odejmowana ciągle od ust
Wiersz w posłusznym nasłuchiwaniu
pulsu rytmu skóry Już podchodzą
do nas cienie którym zaciskacie
palce na szyi


Projekcja

Juz tylko światło wchodziło do tej
wykrwawionej części miasta gdzie
mieliśmy się zagubić
Powiedziała tak jakby chciała
uwolnić sie od ukrytego wewnatrz
bólu Powiedziała "to dla ciebie żyłam
wszystkie dni w gorączce"
Kołysała się mówiąc Czułem nakładanie się
jej skóry Zatrzymana nagle jak
aparat projekcyjny między ciszą a
białą szramą ściany
Odzyskującą świadomość ze nie umie już
mówić Bo zbyt proste były dni
karmiące nas ciągle tą samą
miłością
Wszystko mieliśmy za sobą W tej
częsci miasta zatrzymała się w nas
krew Już inni przychodzimy do siebie
ale są to nasze pożegnania Próbujemy mówić
ale załamuje nam się głos
Wyglądamy jeszcze na świat z podarowanym
dzieciństwem w oczach


Dwa piętra w dół

Nie umiem jeszcze opisać tego stanu gdy
nagle sam naprzeciw wygłodniałym
ścianom z tępym nozem w ręku
staję w rozpiętej koszuli.
Brakuje mi wtedy

ciebie i niewazne ze w tym czasie ty
gdzieś w innej nocy na krawężniku
chodnika próbujesz sprzedać swoją
płeć. Wczoraj w tramwaju ktoś chyba
miał twój płaszcz. A wtedy tak
jakby ulica rozchyliła wargi plując w
twarz spółgłoskami dziecinnej
piosenki. Ulica z
przekrzywionym słońcem w udach.
Dwa piętra w dół-
ulica jak
rwący się bandaż.
Ulica z ciepłymi
śladami szminki.
Ulica.
A potem
twoje imię.
I jeszcze nóż. Dwa piętra.
Ktoś próbował otworzy drzwi.

Wciąż mam tyko ciebie.

czwartek, 25 czerwca 2009

Anna Kamieńska

Małżeństwo

Że tak im było dane

zestarzeć się jak świątkom przy drodze

tak samo spróchniali

tak samo

poorani mrozem i zawieją

Że tak im dozwolono

iść serce w serce

biodro w biodro

zmarszczka w zmarszczkę

Że tak im darowano

istnieć w sobie podwójnie

i milczeć wzajemnie

Że tak im dopuszczono

by nawet w sen wchodzili razem

on ją obejmował na poduszce

by o kamień snu nie zraniła stopy

Że tak ich wysłuchano

aby to on

czerwone jabłko niósł jej do szpitala

i ukląkł w jej ostatniej łzie...

* * *

Prośba

Boże przywróć rzeczom blask utracony

oblecz morze w jego zwykłą wspaniałość

a lasy ubierz znowu w barwy rozmaite

zdejm z oczu popiół

oczyść język z piołunu

spuść czysty deszcz by zmieszał się ze łzami

nasi umarli niechaj śpią w zieleni

niech żal uparty nie wstrzymuje czasu

a żywym niechaj rosną serca od miłości.


Śmieszne

Jak to jest być człowiekiem

spytał ptak.

Sama nie wiem

być więźniem swojej skóry

a sięgać nieskończoności

być jeńcem drobiny czasu

a dotykać wieczności

być beznadziejnie niepewnym

i szaleńcem nadziei

być igłą szronu

i garścią upału

wdychać powietrze

dusić się bez słowa

płynąc

i gniazdo mieć z popiołu

jeść chleb

lecz głodem sie nasycać

umierać z miłości

a kochać przez śmierć.

To śmieszne odrzekł ptak

wzlatując e przestrzeń lekko.


Ciężar

Nie mogę Ci ofiarować kropli deszczu

ani złotej pszczoły

wszystko to nie moje

ani łza która nic nie waży

a nie przepełni żadnego morza

ani chwili zwanej wiecznością

ani słowa

bo jest powietrzem wszystkich

mam puste ręce

moje życie nie jest ,moje

ja nie jestem moja

chciałabym mieć na własność

choć źdźbło choć kamyczek

okruch nieskończonej materii

w którym bije serce

żadna rzecz nie chce być u mnie w niewoli

nawet własna ręka krzyczy grozi

że odejdzie ode mnie


Nic nie mam a tak mi ciężko

tylko ciężar niewiadomy

mogę zrzucić u Twych kolan

Boże.

Modlitwa Hioba

Panie naucz mnie milczeć

naucz milczeć mój język,

i moje wargi.

Naucz milczeć moje serce.

Naucz mnie nie odpowiadać

na źle postawione pytania

i fałszywe oskarżenia.

Naucz mnie milczeć

nawet kiedy mówię.


Naucz mnie milczeć,

kiedy chcę krzyczeć,

kiedy milczenie boli.

Naucz mnie nie skarżyc się

nie mówić o zmienności życia

jak ciężkie ono

jak mało w nim wszelkiego sensu.


Naucz mnie sensu milczenia

i milczenia sensu.


Naucz mnie abym i w śmierci milczała

bo są tacy których śmierć

krzyczy zawczasu do samego nieba.


Naucz mnie modlitwy

która jest tęsknotą

i o nic nie prosi.


Naucz mnie milczeć

zwłaszcza wobec tych

których kocham

niech nigdy słowo

od nich mnie nie rozdzieli.

Naucz mnie milczenia

chorego zwierzęcia

milczenia chmury deszczu trawy

milczenia wieczoru i nocy

milczenia dobroci

i wdzięczności.


Panie naucz mnie milczenia snu

milczenia wszystkich moich umarłych.


Naucz mnie Panie

swojego

najgłębszego milczenia.





William Blake

Nie próbuj mówić o miłości

Nie próbuj mówić o miłości

bo ona w słowach sie nie mieści.

Jest jak wiatr: cichy, niewidzialny,

co tylko czasem w liściach zaszeleści. 

Ja powiedziałem, wyznałem miłość

przed Miłą serce otworzyłem .

Drżący, zziębniety, ze łzami w oczach

lecz cóż- po chwili jej nie było. 

Kiedy odeszła, skądś wędrowiec

nieznany nagle si pojawił

Tak cichy, prawie niewidoczny 

jednym westchnieniem ją przywabił. 

* * * 

Grudka  i Kamyk

( z cyklu Piesni doświadczenia)

Miłość nie służy tylko swoim celom 

Rozkosz jej własna nic dla niej nie znaczy. 

Innych obdarza hojnie swym spokojem

i umie Niebo wznieść w Piekeł rozpaczy. 

Tak zaśpiewała drobna Grudka Gliny

Gdy tratowały ją racice stada

Lecz Kamyk w strudze pośrodku doliny 

piosnką w tym samym rytmie odpowiada:

Miłość chce służyc tylko celom swoim

Rozkosz swą własną z cudzych cierpień klei:

Innych zaraża swoim niepokojem 

i umie Piekło wznieść w Niebies nadzie. 

środa, 10 czerwca 2009

Anna Achmatowa

ze zbioru: "RÓŻANIEC"

Popołoch

1

Było duszno od świateł potopu,

a oczy jego-jak blaski...

Jenom zadrżała. Ten oto

zdoła mnie wreszcie ugłaska.

Schylił się. Wnet padnie słowo.

Krew mi od twarzy odbiegła.

O, gdybyż płytą grobową

miłość na życiu mym poległa. 

2

Nie kochasz? Nie patrzysz juz na mnie?

Przeklęty! Twa piękność zdradziecka!

Nie mogę ulecieć jak dawniej,

a skryzdlatą byłam od dziecka.

Na oczach mych mgłę położono,

zlewają się twarze w rozterce,

i tylko tulipan, tulipan czerwony,

tulipan z twej butonierce.

3

Jakzwyczajna uprzejmość wymaga,

podszedł do mnie. Powoli. Z uśmiechem.

Na wpół czule, na wpół z powagą

dotknąl ręki gorącym oddechem.

I wejrzeniem sfinksowych pomników

jego oczy spojrzały bezdenne...

dziesięć głuchych westchnień i krzyków,

wszystkie moje noce bezsenne

w jedno ciche włożyłam to słowo

i wyrzekłam je, widać daremno.

Zostawiłes  mnie samą. I znowu

było w duszy mej pusto i ciemno.

***

Bezwiednie błagają litości

oczy. I cóż pcząc z nimi,

kiedy ktoś w mojej obecnosci

wypowie krótkie, dźwięczne imię?

Ścieżeczką na pola wychodzę,

wzdłuż szarych kłód, co w sągach leżą.

Tu wiatr jest lekki na swobodzie,

wiosennie porywisty, świeży.

A serce zbolałe już słyszy

z oddali wieść potajemną.

Ja wiem-on żyje, on dyszy,

on smutku nie dzieli ze mną.

***

Zawsze cicha jest czułość prawdziwa,

nic jej przed okiem nie skryje.

Próżno twoja ręka troskliwa

futrem otula mą szyję.

Próżno o miłości wschodzącej

mówisz mi pokornym westchnieniem.

O, jak znam uparte, płonące,

twe nigdy niesyte spojrzenie! 

***

Tak się czasem uśmiecham w skrytości:

tylko usta mi drgają nieznacznie.

To dla ciebie go strzegę tak bacznie-

bo ten uśmiech jest darem miłości.

Nie jest ważne, żeś zły i szalony,

nie jest ważne, że inne wciąż kochasz.

Szczerozłoty przede mną lsni ołtarz, 

szarooki przy mnie narzeczony.

***

Załamała ręce pod szalem.

"Tak pobladłaś, co z tobą, miła?"

-To dlatego, ze cierpkim żalem i goryczą go dziś napoiłam.

Wyszedł chwijąc się...Jak zapomnieć?

Twarz ściągnięta bólem, złamany...

Bz poręczy zbiegłam nieprzytomnie

i pobiegłam za nim do bramy.

Zadyszana krzyknęlam: "To żarty!

Żarty wszystko!Umrę-zostań przy mnie!"

On spokojnie, z uśmiechem pogardy 

odpowiedział: "Nie stój na zimnie".

***

Drzwi wpółuchylone,

lipy w dusznym wichrze...

Na stole rzucone

pejcz i rękawiczka.

Lampy krąg żółtawy...

Kroków nasłuchują.

Czemuś mnie zostawił!

Nic już nie pojmuję...

Wnet jutro pogodne

zalśni na błekicie,

Serce, bądź rozsądne-

uwierz w piękne życie.

Tyś osłabło serce,

bijesz ciszej, głuszej...

Wiesz, czytałam, śmierć jest

niedostępna duszy.

***

Piosenka o dniu pożegnania

Tak bezradnie pierś zastygła mi z chłodu,

ale szłam, zda się lekko iżwawo.

Rękawiczkę, ot tak, bez powodu,

z lewej ręki włożyłam na prawą.

I zdawało się, schodkow tak dużo,

a wiedziałam, ze tylko trzy były.

Klon zaszumiał w jesiennej wichurze.

Prosił: "zejdźmy do współnej mogiły!

Mnie oszukał, cyz słyszysz, los srogi, 

los niedobry i zmienny zarazem"

Zawołałam: "Mój miły, mój drogi,

i mnie również. Umrzyjmy więc razem"

To piosenka o dniu pozegnalnym.

Pbrzuciłam dom ciemny spojrzeniem.

Tylko świecei jaśniały w sypialnym

obojętnie-żółtym płomieniem.

ze zbioru: "BIAŁE PTAKI"

Samotność 

Tylekroć we mnie rzucano kamieniem,

że teraz ciosu czekam już bez trwogi.

I nawet potrzask ma smukłe zwieńczenie,

jest niby wieża pośród wież wysokich.

Wdzięczność mam dla tych co go zbudowali.

Niech ich ominie smutek i cierpienie.

Stąd wcześniej widzę, gdy się swit zapali,

tu błyszczą słońca ostatnie promienie.

Często do mego pokoju łopocąc,

wlatują wichry przybyłe z północy

i gołąb z ręki dziobie mi pszenicę.

A nie skonczoną przeze mnie stronicę,

pełna spokoju nieziemskiego, lekko

muza dopisze swoją smagłą ręką. 

***

Twój biały dom i cichy sad zostawię.

Niech życie będzie samotne i miłe.

i ciebie, ciebie w wierszach tak wysławię,

jak tego żadna nigdy nie czyniła.

Ty przyjaciółkę pamiętasz szczęśliwą

w stworzonym przez cie dla jej oczu raju,

a ja prowadzę handel osobisty-

ja twoją miłość i czułość sprzedaję.

***

Od miłosnych duszę się wspomnień.

Ja w ich dymie mam spalać się, śpiewać,

gdy dla innych to tylko płomieć,

zeby zimną duszę ogrzewać.

By w przesycie ogrzali ciała,

trzeba im mojego szlochania.

Albom po to, Boże, śpiewała,

po to zaznać miała kochania?

Niechże ja się trucizną napoję,

w niemą, w głuchą, niech się odmienię,

a niesławę złej sławy mojej

przenajświęszym zmyj zapomnieniem.

***

O! To ty znowu. Nie w zakochanego

chłopca postaci, ale męża stanowczego

do tego domu wszedłeś i mi się przyglądasz.

Straszna duszy ta cisza, gdy burza nadciąga.

I oto znów mnie pytasz, co z tobą zrobiłam,

któremu los na wieki swój dałam i miłość.

Sprzedałam ciebie. Dalej mam powtarzać jeszcze-

ile bym dała, zebyś przestał pytać wreszcie!

Tak martwy wciąż przemawia, sen mordercy trwoząc,

tak anioł żmierci czeka przy żmiertelnym łożu.

WYbacz, wybacz mi, proszę. Uczył Pan wybaczać,

moje ciało w cierpieniu nędznym się obraca,

a wyzwolony duch już zażywa błogości.

Pamiętam ten sa, pełen przejrzystości,

jesienny krzyk zurawi i te czarne pola...

O, jak mi z tobą słodka była ziemska dola!

***

Już nie uśmiecham się, nie śmieję,

na mroźnym wietrze wargi bledną.

O jedną odtąd mniej nadzieję,

lecz więcej będzie o pieśń jedną.

I tę wbrew woli wydać muszę

na drwiny i na pohańbienie,

bo tak boleśnie raniąc duszę

miłosne ciązy jej milczenie.

***

Jest w zażyłości ludzi tajemnicza sfera,

ni miłość ni namiętność nie ma doń przystępu-

choć w strasznej ciszy usta drżąc będą się zawierać,

a serce się z miłości rozrywa na strzępy.

I przyjaźń ru bezradna, i minione

lata wzniosłego szczęścia, i radości,

gdy ddusza obca jest i wyzwolona

z błogiego niepokoju zmysłowości.

Ci, którzy dążą do niej-od zmysłów odeszli,

tych, co dotarli-smutek wnet pochłonąl.

teraz rozumiesz już, dlaczego śpieszniej

nie bije moje serce pod twą dłonią.

***

Gdzieś przecież dzień jak zwykle z dniem sie splata

w zorzy przejrzystej, ciepłej i wesołej...

Sąsiad o zmierzchu upalnego lata

przez płot z dziewczyną gwarzy i jedynie pszczoły

słyszą najczulszą z rozmów świata.

A my spełniamy trudny, uroczysty

obrzęd każdego gorzkiego spotkania,

kiedy w pół słowa wicher porywisty

ucina niedopowiedziane zdania-

Nam pozostaje ranitowa pycha

chwaly i nędzy surowego grodu

i na szerokich rzekach jasność losu,

i bezsłoneczny mrok ogrodu,

i Muzy głos, szemrzący z cicha.

ze zbioru: "TRZCINA"

Muza

Gdy późną nocą na jej przyjście czekam,

znika świat cały, bo i cóż mi po nim?

Niczym jest młodość i wolność, i męka

wobec śpieszącej z fujareczką w dłoni.

I oto wchodzi. Biały całun na niej.

Już go odrzuca, wzrokiem mnie przeszyła.

Pytam: "Dantemu strony Piekła, Pani,

Tyś dyktowała?"Rzecze: "To ja byłam".

***

Zerwanie

1

Nie tygodnie, nie miesiące-lata całe

rozstawaliśmy się. I oto koniec

świeżym chłodkiem wolności powiało,

siwy ranek ubielił skronie.

Nie ma zdrad już, nieporozumień,

i już nie słuchasz co dzień do rana,

jak się sączy dowodów strumień

od słusznośi mej niezrównanej.

2

I tak, jak bywa zawsze w dniach rozstania,

widmo dni pierwszych zapukało ciche.

Pod wichrem szczęscia wierzba rozpłakana

wdarła sie siym gałezi przepychem.

I nam, zgorzkniałym, szalonym, wyniosłym

z wzrokiem utkwionym z pomieszania w ziemię,

zaśpiewał o tym ptak szczęśliwym głosem,

jak niegdyś kochaliśmy się wzajemnie...

ze zbioru: "SIÓDMA KSIĘGA"

***

Jeden wybiera prostą drogę,

drugi idzie zawiłą

i czeka, aż stanie przed ojca progiem.

I czeka na dawną miłą.

A ja mam-za mną licho-

nie prostą, nie kolistą:

do nigdy i donikąd. 

Jak pociąg z urwiska.

***

Nigdy więcej na mój głos nie odpowie

serce pełne nieszczęścia i cierpienia.

Wszystko skończone. I lecą me słowa

w pustą noc, gdzie ciebie już nie ma. 

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Derek Walcott

Miłość po miłości

Przyjdzie taki czas,

gdy z uniesieniem

siebie powitasz, stojącego

u swego progu, w swoim lustrze 

i uśmiechniecie się na powitanie

i powiesz usiądź tu. Jedz.

Pokochasz nieznajomego, swoje byłe ja.

Podaj wino. Podaj chleb. Oddaj serce

swemu nieznanemu, porzuconemu,

sercu, co cię zawsze kochało.

Zdejmij z półki miłosne listy

fotografie, daremne bileciki,

zedrzyj z lustra swe odbicie. 

Siądź. Świętuj swoje życie.

***

Mroczny sierpień

Taki deszcz, tyle życia obrzmiałego jak niebo

tego czarnego sierpnia. Słońce, ma siostra,

ociąga się z wyjściem z żółtego pokoju.

Wszystko idzie w diabły, góry kipią

jak czajnik, rzeki wylewają, a ona

nie chce wstać i zgasić deszczu.

Jest w swym pokoju, bawią ją starocie,

moje wiersze, kartkuje album. Nawet gdy piorun

runie z nieba, jakby tłukły się talerze,

nie wyjrzy stamtąd.

Kocham cię, wiesz przecież, lecz na deszcz 

nie mam sposobu. Uczę się jednak powoli

kochać te chmurne dni, parujące wzgórza,

plotkujące w powietrzu komary,

popijać lekarstwo goryczy,

więc gdy się wyłonisz, siostro,

rozsuwając paciorki deszczu,

z kwiatami nad czołem i przebaczeniem w oczach

nic nie będzie jak kiedyś, lecz będzie naprawdę

(widzisz, nie dadzą mi kochać cię 

jak chciałbym), bo wtedy siostro

będe już kochał dni chmurne, jak kocham pogodne,

mroczny deszcz, jasne wzgórza, choć kiedyś

kochałem tylko swe szczęście i ciebie. 

Rabindranath Tagore

Pieśni ofiarne

1.

Spodobało ci sie uczynić mnie bezkresnym. Wciąz na nowo opróżniasz to kruche naczynie i napełniasz je swieżym życiem.

Niosłes tę malustką piszczałkę z trzciny przez wiele wzgórz i dolin, wydmuchując z niej wiecznie nowe melodie.

Pod nieśmiertelnym dotknięciem twej dłoni moje drobne serce wychodzi z siebie i na świat wydaje niewysłowione wyrazy.

Twe nieskończone dary dochodzą do mnie tylko za pośrednictwem mych własnych, jakze mleńkich dłoni. Wieki mijają, a ty ciągle nalewasz i ciągle jest miejsce, by je napełnić. 

***

11. 

Oczy moje, czuwając bez przerwy, nie znają snu,jednakże samo czekanie na ciebie radość mi sprawia, choć wiem, że czekam na próżno. 


Serce moje błąka się nocą po deszczu, wyglądając twojej miłości i cieszy się samą nadzieją, że miłość kiedyś przyjdzie, choćby nie miała przyjść nigdy. 


Mijają mnie przechodnie, idący swoją drogą. Sam odgłos kroków twoich radość mi sprawia, choć może sądzona mi będzie samotność.


Twarz ziemi spokojna, okryta zasłoną jesieni, budzi tęsknotę w moim sercu. Cieszę się, że dano mi zaznać tej bolesnej tęsknoty, choć może nie zostanie zaspokojona.

***

16.

Przyszedłeś rankiem z pieśnią do mego progu: zły byłem, że mnie zbudzono, odszedłeś więc z pustymi rękoma.


W południe przyszedłeś prosić mnie o łyk wody: odprawiłem cię szorstko, ponieważ mi przeszkodziłeś w zajęciach.


Wieczorem przyszedłeś z zapaloną pochodnią: zląkłem się i zatrzasnąłem ci drzwi przed nosem.


Teraz o północy siedzę samotnie w ciemnym pokoju i przyzywam gościa, którego wypędzałem za dnia.

***

30.

Jeśli miłość dla mnie, to czemu poranek tak się w swych pieśniach żali i czemu szepczę słowa na wiatr, ten wiatr z południa, unoszący je w jasną zieleń młodych liści?


Jeśli miłość nie dla mnie, to czemu noc dźwiga w milczącej tęsknocie ból samotnych gwiazd?


I czemu głupie tak niebacznie puszcza łódkę swojej nadziei na morze dalekie, nie wiedząc, gdzie i jak morze się kończy?

***

33.

Ktoś wsunął mi niespodzianie kwiat miłości do ręki.


Serce moje ktoś porwał i na wiatr rzucił. Nie wiem, czy odnalazłem sprawcę, czy szukam go jeszcze, czy to rozkosz, czy męka.


Nelly Sachs

Chór obłoków

Jesteśmy pełne westchnień, pełne spojrzeń,

jesteśmy pełne śmiechu i czasem mamy wasze twarze

Nie jesteśmy od was daleko.

Któz wie ile krwi waszej unosi się w górę

aby nas barwić?

Któz wie ile waszych łez zostało zapomnianych

w naszym płaczu? ile tęsknoty nadaje nam kształt?

Jestesmy aktorami umierania.

Przyzwyczajamy was po trochu do śmierci.

Wy niewprawni, których północ nie uczy niczego,

wiele aniołów dano wam lecz wy ich nie widzicie. 

***

Tak bardzo jesteśmy zranieni

Tak bardzo jesteśmy zranieni

i wydaje nam się, ze umieramy,

kiedy ulica rzuca nam złe słowo.

Ulica o tym nie wie,

nie dźwiga na sobie takiego brzemienia.

Nie przywykła aby wybuchał na niej 

Wezuwiusz bólu.

zatarły się wspomnienia prehistorycnzych czasów,

odkąd swiatło stało się sztuczne,

odkąd aniołowie grają tylko z ptakami i kwiatami

lub uśmiechajż się przez sen dziecka.

Salvatore Quasimodo

Zatopiony obój

Skąpy bólu, odwlecz twój podarek

w tej mojej godzinie,

utęsknionych opuszczeń.

Mroźny obój znów bełkoce

radość niewiędnących liści,

nie moich-i pamięć niweczy;

we mnie staje się wieczór:

woda zapada w mrok

pomych trawiastych rękach

Chwiejne skrzydał na mrocznym kołyszą sie niebie

serce wywędrowuje

a ja leżę odłogiem,

a dni są rumowiskiem.

***

Naśladowanie radości

Tam, gdzie drzewa potęgują 

osamotnienie wiczoru,

jak leniwie

zamarł twój ostatni krok,

niby kwiat który rzadko zjawia się na lipach

i upiera się przy swym losie.

Szukasz racji dla uczuć,

doświadczasz milczenia w swym zyciu.

Odmienny lo mi zwiastuje

czas odbity w zwierciadle.

Jak śmierć, tak zasmuca uroda

odtąd na innych błyskająca twarzach.

Utraciłem wszystko, co było niewinne

nawet w tym głosie, który przetrwał po to

by naśladować radość.

***

I nagle jest wieczór

Każdy stoi sam na sercu ziemi

przebity promieniem słońca:

i nagle jest wieczór.

***

Ból nieznanych mi spraw

Gęsta od białych i czarnych korzeni

zaczynem pachnie i dżdżownicami

pocięta wodą ziemia

Ból nieznanych mi spraw

rodzi się we mnie: nie dość jednej śmierci,

gdy oto tylekroć mi ciąży

wraz z trawą, na sercu, ziemi gruda.

niedziela, 7 czerwca 2009

Zofia Umerska

Daj Boże

Daj Boże zmartwienie

dla nauki kłopot

który drogę wyznaczy

zatrzymać się każe

i spojrzeć za siebie.

Daj Boże zmartwienie

po coś...

Ty wiesz po co.

***

Nadzieja

Wrzuciłam wczoraj do skrzynki pocztowej

nadzieję w kolorze jesieni.

Nie była zielona

troche mokra

rdzawobrunatna

nieco zeschnięta

ale jeszcze zywa.

Schowałam nadzieję do koperty

przykleiłam znaczek

starannie napisałam adres

i wysyłam nadzieję w świat.

Jeśli powróci do mnie rzeczywistością

uwierzę w szczęście.

***

Łatwowierna

Nie zasługuję na szczęscie0

mówiłam

do kogo

ja

dlaczego nie

bo nie

nie mów tak

dlaczego nie

bo nie-mówiłam

taki los

takie gwiazdy

taka karma

takie przeznaczenie-mówiłam

wierzyłam

bzdury-powiedziałes

przytuliłes

uwerzyłam

***

W drodze

Przyszliśmy tu na chwilę

zatrzymani w swej Drodze nieustannej

aby załatwić kilka waznych spraw.

Nie traćmy czasu

wyznaczonego na dziś

nie omijajmy się obojetnie

zróbmy to

co pozwoli nam wejść w jutro

z podniesioną głową.

***

Zauroczenie

Gwiazdy w Twej brodzie zaiskrzyły

oczy omiotły pospiesznie

zdziwioną mnie całą

dwa słowa

rzucone w przelocie.

I tyle-już Ciebie nie było.

A ja nadal trwam rażona bliskością

jedności dwóch ciał

w oczekiwaniu

na spotkanie ciał.

***

Dwie róże

Była piękna,

purpurowa 

z kroplami rosy

na atłasowym sercu.

Była świeża

młodzieńcza

pachnąca jak róża

przez niego wręczona.

Śliczną twarzą

wtuliła w kwiat wiglotny 

od rosy łez

i westchnęla cicho.

Była smutna

gdy odszedł pospiesznie.

Schyliła głowe-

u stóp jej drżały płatki róży.

***

Twoje góry

Zagłusz ten krzyk

zamknij uszy na złe głosy

zaczerpnij powietrza

i spójrz na przebytą drogę.

ile stromizm i kamieni

ile potknięc i upadków

ile ran na dłoniach.

Siądź na szczycie 

daj wytchnienie 

zmęczonym Twym stopom

zanurz głowę w chmurach

i pomyśl

ilu z tej drogi zawróciło

ilu się poddało

ilu zginęlo.

Zatknij proporzec

na szczycie

wyciągnij ramiona

ku gwiazdom 

zejdź spokojnie na ziemię.

Usiądź e cieniu

odpocznij i spójrz teraz

na swoją góre

a  potem znowu zaczerpnij powietrza 

i zacznij zdobywac następną. 

***

Wiosenne myśli 
Myśli wiosną zakwitają

jak kwiaty w ogrodzie,

strącają kapeluszez głów

statecznym panom

a eleganckim paniom

burzą uczesania.

Zbuntowanym młodzieńcom

zawiązują krawaty

i nieskromnie unoszą

sukienki dziewczynom.

Wiosenne myśli

układają się w bukiety

wonnych marzeń,

muskają lekko skronie,

odurzają zapachem,

ustom wydają rozkazy,

sercu puls ustalają.

Lecz myśl jak myśl

gdy jej nie zatrzymasz -

ucieknie.

Chwytajcie zatem

wiosenne myśli,

przygarniajcie je

i zachowajcie

na jesienne dni.