piątek, 2 października 2009

Krzysztof Pieczynski

-1-

Dlaczego nie dałeś mi Boże
gdy czegoś tak gorąco pragnąłem
a dałeś mi wszystko gdy zmęczony
skłaniałem głowę ku łożu
nie rozpamiętywałem sukcesu i sławy
a ledwie miałem sił by pomyśleć
"och, wiec jednak spełniło się".

-2-

Nawet gdybym mógł fruwać
i stałbym w niebiańskim świetle
a nie mógłbym się tym podzielić
cóż by mi z tego przyszło
prowadź więc do tego co piękne
i pozwól wrócić i opowiedzieć

-3-

Po co jest welon na twarzy wdowy
po to by nie widzieć jej oblicza?
O mnie, chroni ją przed zaglądaniem
za złote kontury wymiarów
by ten co odszedł
mógł iść w pokoju
tam dokąd ma iść
by nie czuł na plecach jej wzroku
po to jest welon na twarzy wdowy

-4-

A gdyby mi przyszło
pożegnać samotność
pożegnałbym ją z żalem
bo przecież była mi wierna
i była ze mną tak długo
pożegnałbym ją w dzień
kiedy pada deszcz ze śniegiem

-5-

Gdybym wielkie spienione morze
z białymi falami zamknął w obrazku
nie nie zrobiłbym tego
lecz gdybym miał prawo
nadałbym twoim rękom skrzydeł
by mnie z cienia przeniosły do blasku

-6-

Duszo moje tak bardzo
tęskniłaś za rajem
a dostałaś tylko mnie
i co teraz poczniesz
w mym ciele tak samotna
nad ranem

Ludzka miłość

Kochaj mnie Boże
za Twoją miłością
mój oddech się wznosi
i bez niej bezradnie opada

Kochaj mnie Panie
za łyk wody
szli przez pustynię
ja za Twoje spojrzenie
ciagnę po niej sanie

Kochaj mnie miła
bo bez ciebie
do Niego muszę mówić
a Jemu może
moja mowa niemiła.

Słońce

Nie będę czekać na jesień
nie będę czekać na deszcz
nie będę czekac na ciebie
choć moze poczekam kto wie

Będę czekać na liście suche
będę czekać na krople małe
będę czekać tęsknie na duszę
dla ciebie i dla mnie

Będę wstawać co rano
będę chodzić cały dzień
by z końcem dnia położyć
przy tobie moje ciało i cień

-7-

Chcę ci dać prezent i dlatego
zdejmę ten obraz ze ściany
i na dzień powieszę go w szafie
a później gdy noc nastanie
ten obraz wyciągnę z szafy
i powieszę na ścianie
w ten sposób sprawię
że ani jeden dzień ani noc
nie będą dla ciebie jałowe
bo za dnia spragniona obrazu
będziesz czekała nastania nocy

-8-

Gdybyś cierpiała w upalnym słońcu
niechby drugie świeciło mi za plecami
wówczas cień rzucałbym przed siebie
który chroniłby się przed promieniami

Gdyby dokuczał ci deszcz natrętnie
przemoczył włosy i wpadł pod koszulę
dotykał oczy twych ust i piersi
poćwiartowałbym zuchwalca za zuchwałość

I gdyby nastał dzień suszy wielkiej
tak wielkiej że siła twego słowa
spadłaby do stóp liściem październikowym
sprowadziłbym deszcz bo wiem ze cię kocha

-9-

By się tobie spodobać
włoże koronę na głowę
by cię oczarować
pomaluję skronie

Ach powiedz coś jeszcze
by łaskawość twą zdobyć
konia ukłuć ostrogą
na rynku zwariować

Chcesz wodą drzewo skropię
napoję nawet ryby w stawie
ptakom przebiję myślom głowy
by ciebie przywiodły do mnie

Teraz słuchaj co mówię
gdy czytasz te słowa
ja za tłustą bramę srebra
uciekam i się chowam

Bo gdy anioły cię przywiodły
w najmizerniejszej sukni
byłaś zbyt piękna zbyt cudowna
bym cię mógł po prostu kochać

-10-

To jest twoje:
łąki i obrazy łąk
lasy i obrazy lasów
słowa i pieśni tych słów
oczy i jej osoba
włosy i jej głowa
usta i to ze mógłbym je całować
dłonie i to ze mogą nieść
stopy i to że mogą nieść
to wszystko jest twoje
a moja jest wdzięczność
i jeśli osądzacie mnie
to bądźcie dla mnie surowi
bym mógł o wybaczenie prosić

-11-

Chcę ciemności i to pełnej
nie chcę półmroków ani cieni
bo tylko ciemność możesz rozjaśnić
w niej rozbłysnąć i się objawić
niech więc będzie ciemno i ciężko
byleś odwiedził mnie i to prędko

Aleksander Jurewicz


Temat II dla Niej


już zaczynałem poznawać to miasto
powoli wychodząc w pochwy snu
zaglądając w twarz czarnym tytułom
gazet leżących na bruku
jeszcze nie wiedziałam co zrobić z sobą
przyjechałem tu z prawem do jednego pytania
co robiłaś w grudniu?
i widziałem jak przebiegłą skulona pod murem
niosąc we wnętrzu nie rozwiązany płód
z włosami rozwianymi strachem
i ciagle widzę ten portret kobiety
rozstrzelanej miłością
co znaczyło teraz to zadymione miasto dla
niej i dla mnie
i okna zamknięte przed krzykiem mew
już zaczynałem poznawać to miasto
obudzony z przerażeniem ze muszę
żyć z tobą
że płaszcz masz czerwony jak krew

kocham cię.


* * *

między jednym oddechem a drugim widziałem
ludzi uciekających ulicą zamkniętą
rękoma wołającymi o wodę
przechodziłem obok spokojny jakbym
wierzył ze jutro wrócisz z
twarzą tak samo jak wczoraj
wtuloną w kołnierz płaszcza
dlatego nie włączyłem się w ten
tłum uciekający przed spojrzeniami
własnych dzieci
na jednej z bocznych ulic dostrzegłem
ojca rozstrzeliwanego
moim wzrokiem

tego dnia w domu położono świeży obrus
na stół.


* * *
kiedy z wszystkich cel pozdejmowano kraty
staliśmy się bardziej podejrzliwi
(nawet o jedno za długie spojrzenie w niebo)
pierwszy który to odkrył
stał teraz oparty o własny wyrok i
szeptał o przemijaniu
stoimy wszyscy naprzeciw zapisanych ścian i żaden
i zadem z nas nie może w tej chwili odmienić
przez przypadki słowa wolność
jakby nagle rozebrano nas z myśli i słów
każąc biec w stronę lasu za którym
kończy się życiorys


Sen który na pewno nie był miłością

o piątej nad ranem ulicą długą jak bandaż
przebiegł skulony Celiene w rozpiętej jesionce
ze starą walizką pustych aktów urodzenia
(bagaż z podróży którą kiedy tak ładnie nazwał
podróży już przerwanej przeczytaniem rozkładu jazdy)
niedaleko piekarni zaczepił moją pierwszą kobietę
cierpiącą na bezsenność ( którą sam byłem)
pytając czy nie może odsprzedać niedużej
trumny na własny użytek
że nie wystarcza mu ta małą walizka
której otwieranie przypominał strzał
z rewolweru w usta

. . . . . . . . . .
a ja myślałem jak dobrze że
miłość która na pewno nie była snem
budzi mnie w pustym przedziale drugiej
klasy pociągu pośpiesznego


Pęknięta (II)

Są jeszcze porty do których będziemy płynąć
gdzie jęki kobiet będziemy brać za miłość.
I kiedy nagle pękną w nich nasze nasienia.
nawet gdy siedzimy w jazzie
a na wargach jeszcze nie osiadła wściekłość
W tobie i we mnie
epoka Beatlesów jeszcze trwa.
Musisz być cierpliwa .
Bo niedługo pęknie i
powoli będzie odbierało nam życie.
Nauczymy go stać przy murze.
Nauczymy do wypowiadać wojnę.
Nauczymy go samotności.
Narysujemy mu inne niebo.

Musisz być odważna.


Sama tego chcesz

inna była wtedy tamta ulica
ten facet który codziennie ostrzy na rogu
nie mógł dać mi jednoznacznej odpowiedzi
czy robi to na kolejną noc długich noży
że przynoszą mu a on dorabia na syna
dwudziestoletniego poetę budki z piwem
(trochę niższy od ciebie-mówi)
kolor czerwony nie jest kolorem szczęścia
tak samo jak biały
pomyślałem przechodząc obok kwiaciarni
niedługo Święto Zmarłych powiedziała jedna
do drugiej
zacząłem szukać kogo by z tej okazji odwiedzić
lista była długa i nieciekawa
chyba z tymi nożami to nie taki
głupi pomysł jeżeli bardzo się chce
i ma się wolny czas tylko żeby
ręka nie zadrżała jak wtedy gdy
tłumaczyłem starej kobiecie ze dworzec
to nie prosektorium i ze
podróż wcale nie boli.


Którym zaciskacie palce

Bo wiesz jest przecież ten ból
lecz ja go nazwać nie umiem
i ja ci go niosę jak świeżo narwany
bukiem Podnoszę do twarzy
Wiem Nikt nie potrafi zatrzymać krwiobiegu
nagle zmieniającego kierunek Gdy już
w miękkim śnie śnie białej kroplówki
Lecz ktoś musi być Zrobić to Dopisać
swoją wargą przerwany w połowie
Przecież liczy się nie tylko śmierć której
załamał się głos Przecież nie tylko ta
odwrócona kartka papieru
odejmowana ciągle od ust
Wiersz w posłusznym nasłuchiwaniu
pulsu rytmu skóry Już podchodzą
do nas cienie którym zaciskacie
palce na szyi


Projekcja

Juz tylko światło wchodziło do tej
wykrwawionej części miasta gdzie
mieliśmy się zagubić
Powiedziała tak jakby chciała
uwolnić sie od ukrytego wewnatrz
bólu Powiedziała "to dla ciebie żyłam
wszystkie dni w gorączce"
Kołysała się mówiąc Czułem nakładanie się
jej skóry Zatrzymana nagle jak
aparat projekcyjny między ciszą a
białą szramą ściany
Odzyskującą świadomość ze nie umie już
mówić Bo zbyt proste były dni
karmiące nas ciągle tą samą
miłością
Wszystko mieliśmy za sobą W tej
częsci miasta zatrzymała się w nas
krew Już inni przychodzimy do siebie
ale są to nasze pożegnania Próbujemy mówić
ale załamuje nam się głos
Wyglądamy jeszcze na świat z podarowanym
dzieciństwem w oczach


Dwa piętra w dół

Nie umiem jeszcze opisać tego stanu gdy
nagle sam naprzeciw wygłodniałym
ścianom z tępym nozem w ręku
staję w rozpiętej koszuli.
Brakuje mi wtedy

ciebie i niewazne ze w tym czasie ty
gdzieś w innej nocy na krawężniku
chodnika próbujesz sprzedać swoją
płeć. Wczoraj w tramwaju ktoś chyba
miał twój płaszcz. A wtedy tak
jakby ulica rozchyliła wargi plując w
twarz spółgłoskami dziecinnej
piosenki. Ulica z
przekrzywionym słońcem w udach.
Dwa piętra w dół-
ulica jak
rwący się bandaż.
Ulica z ciepłymi
śladami szminki.
Ulica.
A potem
twoje imię.
I jeszcze nóż. Dwa piętra.
Ktoś próbował otworzy drzwi.

Wciąż mam tyko ciebie.