Temat II dla Niej
już zaczynałem poznawać to miasto
powoli wychodząc w pochwy snu
zaglądając w twarz czarnym tytułom
gazet leżących na bruku
jeszcze nie wiedziałam co zrobić z sobą
przyjechałem tu z prawem do jednego pytania
co robiłaś w grudniu?
i widziałem jak przebiegłą skulona pod murem
niosąc we wnętrzu nie rozwiązany płód
z włosami rozwianymi strachem
i ciagle widzę ten portret kobiety
rozstrzelanej miłością
co znaczyło teraz to zadymione miasto dla
niej i dla mnie
i okna zamknięte przed krzykiem mew
już zaczynałem poznawać to miasto
obudzony z przerażeniem ze muszę
żyć z tobą
że płaszcz masz czerwony jak krew
kocham cię.
* * *
między jednym oddechem a drugim widziałem
ludzi uciekających ulicą zamkniętą
rękoma wołającymi o wodę
przechodziłem obok spokojny jakbym
wierzył ze jutro wrócisz z
twarzą tak samo jak wczoraj
wtuloną w kołnierz płaszcza
dlatego nie włączyłem się w ten
tłum uciekający przed spojrzeniami
własnych dzieci
na jednej z bocznych ulic dostrzegłem
ojca rozstrzeliwanego
moim wzrokiem
tego dnia w domu położono świeży obrus
na stół.
* * *
kiedy z wszystkich cel pozdejmowano kraty
staliśmy się bardziej podejrzliwi
(nawet o jedno za długie spojrzenie w niebo)
pierwszy który to odkrył
stał teraz oparty o własny wyrok i
szeptał o przemijaniu
stoimy wszyscy naprzeciw zapisanych ścian i żaden
i zadem z nas nie może w tej chwili odmienić
przez przypadki słowa wolność
jakby nagle rozebrano nas z myśli i słów
każąc biec w stronę lasu za którym
kończy się życiorys
Sen który na pewno nie był miłością
o piątej nad ranem ulicą długą jak bandaż
przebiegł skulony Celiene w rozpiętej jesionce
ze starą walizką pustych aktów urodzenia
(bagaż z podróży którą kiedy tak ładnie nazwał
podróży już przerwanej przeczytaniem rozkładu jazdy)
niedaleko piekarni zaczepił moją pierwszą kobietę
cierpiącą na bezsenność ( którą sam byłem)
pytając czy nie może odsprzedać niedużej
trumny na własny użytek
że nie wystarcza mu ta małą walizka
której otwieranie przypominał strzał
z rewolweru w usta
. . . . . . . . . .
a ja myślałem jak dobrze że
miłość która na pewno nie była snem
budzi mnie w pustym przedziale drugiej
klasy pociągu pośpiesznego
Pęknięta (II)
Są jeszcze porty do których będziemy płynąć
gdzie jęki kobiet będziemy brać za miłość.
I kiedy nagle pękną w nich nasze nasienia.
nawet gdy siedzimy w jazzie
a na wargach jeszcze nie osiadła wściekłość
W tobie i we mnie
epoka Beatlesów jeszcze trwa.
Musisz być cierpliwa .
Bo niedługo pęknie i
powoli będzie odbierało nam życie.
Nauczymy go stać przy murze.
Nauczymy do wypowiadać wojnę.
Nauczymy go samotności.
Narysujemy mu inne niebo.
Musisz być odważna.
Sama tego chcesz
inna była wtedy tamta ulica
ten facet który codziennie ostrzy na rogu
nie mógł dać mi jednoznacznej odpowiedzi
czy robi to na kolejną noc długich noży
że przynoszą mu a on dorabia na syna
dwudziestoletniego poetę budki z piwem
(trochę niższy od ciebie-mówi)
kolor czerwony nie jest kolorem szczęścia
tak samo jak biały
pomyślałem przechodząc obok kwiaciarni
niedługo Święto Zmarłych powiedziała jedna
do drugiej
zacząłem szukać kogo by z tej okazji odwiedzić
lista była długa i nieciekawa
chyba z tymi nożami to nie taki
głupi pomysł jeżeli bardzo się chce
i ma się wolny czas tylko żeby
ręka nie zadrżała jak wtedy gdy
tłumaczyłem starej kobiecie ze dworzec
to nie prosektorium i ze
podróż wcale nie boli.
Którym zaciskacie palce
Bo wiesz jest przecież ten ból
lecz ja go nazwać nie umiem
i ja ci go niosę jak świeżo narwany
bukiem Podnoszę do twarzy
Wiem Nikt nie potrafi zatrzymać krwiobiegu
nagle zmieniającego kierunek Gdy już
w miękkim śnie śnie białej kroplówki
Lecz ktoś musi być Zrobić to Dopisać
swoją wargą przerwany w połowie
Przecież liczy się nie tylko śmierć której
załamał się głos Przecież nie tylko ta
odwrócona kartka papieru
odejmowana ciągle od ust
Wiersz w posłusznym nasłuchiwaniu
pulsu rytmu skóry Już podchodzą
do nas cienie którym zaciskacie
palce na szyi
Projekcja
Juz tylko światło wchodziło do tej
wykrwawionej części miasta gdzie
mieliśmy się zagubić
Powiedziała tak jakby chciała
uwolnić sie od ukrytego wewnatrz
bólu Powiedziała "to dla ciebie żyłam
wszystkie dni w gorączce"
Kołysała się mówiąc Czułem nakładanie się
jej skóry Zatrzymana nagle jak
aparat projekcyjny między ciszą a
białą szramą ściany
Odzyskującą świadomość ze nie umie już
mówić Bo zbyt proste były dni
karmiące nas ciągle tą samą
miłością
Wszystko mieliśmy za sobą W tej
częsci miasta zatrzymała się w nas
krew Już inni przychodzimy do siebie
ale są to nasze pożegnania Próbujemy mówić
ale załamuje nam się głos
Wyglądamy jeszcze na świat z podarowanym
dzieciństwem w oczach
Dwa piętra w dół
Nie umiem jeszcze opisać tego stanu gdy
nagle sam naprzeciw wygłodniałym
ścianom z tępym nozem w ręku
staję w rozpiętej koszuli.
Brakuje mi wtedy
ciebie i niewazne ze w tym czasie ty
gdzieś w innej nocy na krawężniku
chodnika próbujesz sprzedać swoją
płeć. Wczoraj w tramwaju ktoś chyba
miał twój płaszcz. A wtedy tak
jakby ulica rozchyliła wargi plując w
twarz spółgłoskami dziecinnej
piosenki. Ulica z
przekrzywionym słońcem w udach.
Dwa piętra w dół-
ulica jak
rwący się bandaż.
Ulica z ciepłymi
śladami szminki.
Ulica.
A potem
twoje imię.
I jeszcze nóż. Dwa piętra.
Ktoś próbował otworzy drzwi.
Wciąż mam tyko ciebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz