ze zbioru: "RÓŻANIEC"
Popołoch
1
Było duszno od świateł potopu,
a oczy jego-jak blaski...
Jenom zadrżała. Ten oto
zdoła mnie wreszcie ugłaska.
Schylił się. Wnet padnie słowo.
Krew mi od twarzy odbiegła.
O, gdybyż płytą grobową
miłość na życiu mym poległa.
2
Nie kochasz? Nie patrzysz juz na mnie?
Przeklęty! Twa piękność zdradziecka!
Nie mogę ulecieć jak dawniej,
a skryzdlatą byłam od dziecka.
Na oczach mych mgłę położono,
zlewają się twarze w rozterce,
i tylko tulipan, tulipan czerwony,
tulipan z twej butonierce.
3
Jakzwyczajna uprzejmość wymaga,
podszedł do mnie. Powoli. Z uśmiechem.
Na wpół czule, na wpół z powagą
dotknąl ręki gorącym oddechem.
I wejrzeniem sfinksowych pomników
jego oczy spojrzały bezdenne...
dziesięć głuchych westchnień i krzyków,
wszystkie moje noce bezsenne
w jedno ciche włożyłam to słowo
i wyrzekłam je, widać daremno.
Zostawiłes mnie samą. I znowu
było w duszy mej pusto i ciemno.
***
Bezwiednie błagają litości
oczy. I cóż pcząc z nimi,
kiedy ktoś w mojej obecnosci
wypowie krótkie, dźwięczne imię?
Ścieżeczką na pola wychodzę,
wzdłuż szarych kłód, co w sągach leżą.
Tu wiatr jest lekki na swobodzie,
wiosennie porywisty, świeży.
A serce zbolałe już słyszy
z oddali wieść potajemną.
Ja wiem-on żyje, on dyszy,
on smutku nie dzieli ze mną.
***
Zawsze cicha jest czułość prawdziwa,
nic jej przed okiem nie skryje.
Próżno twoja ręka troskliwa
futrem otula mą szyję.
Próżno o miłości wschodzącej
mówisz mi pokornym westchnieniem.
O, jak znam uparte, płonące,
twe nigdy niesyte spojrzenie!
***
Tak się czasem uśmiecham w skrytości:
tylko usta mi drgają nieznacznie.
To dla ciebie go strzegę tak bacznie-
bo ten uśmiech jest darem miłości.
Nie jest ważne, żeś zły i szalony,
nie jest ważne, że inne wciąż kochasz.
Szczerozłoty przede mną lsni ołtarz,
szarooki przy mnie narzeczony.
***
Załamała ręce pod szalem.
"Tak pobladłaś, co z tobą, miła?"
-To dlatego, ze cierpkim żalem i goryczą go dziś napoiłam.
Wyszedł chwijąc się...Jak zapomnieć?
Twarz ściągnięta bólem, złamany...
Bz poręczy zbiegłam nieprzytomnie
i pobiegłam za nim do bramy.
Zadyszana krzyknęlam: "To żarty!
Żarty wszystko!Umrę-zostań przy mnie!"
On spokojnie, z uśmiechem pogardy
odpowiedział: "Nie stój na zimnie".
***
Drzwi wpółuchylone,
lipy w dusznym wichrze...
Na stole rzucone
pejcz i rękawiczka.
Lampy krąg żółtawy...
Kroków nasłuchują.
Czemuś mnie zostawił!
Nic już nie pojmuję...
Wnet jutro pogodne
zalśni na błekicie,
Serce, bądź rozsądne-
uwierz w piękne życie.
Tyś osłabło serce,
bijesz ciszej, głuszej...
Wiesz, czytałam, śmierć jest
niedostępna duszy.
***
Piosenka o dniu pożegnania
Tak bezradnie pierś zastygła mi z chłodu,
ale szłam, zda się lekko iżwawo.
Rękawiczkę, ot tak, bez powodu,
z lewej ręki włożyłam na prawą.
I zdawało się, schodkow tak dużo,
a wiedziałam, ze tylko trzy były.
Klon zaszumiał w jesiennej wichurze.
Prosił: "zejdźmy do współnej mogiły!
Mnie oszukał, cyz słyszysz, los srogi,
los niedobry i zmienny zarazem"
Zawołałam: "Mój miły, mój drogi,
i mnie również. Umrzyjmy więc razem"
To piosenka o dniu pozegnalnym.
Pbrzuciłam dom ciemny spojrzeniem.
Tylko świecei jaśniały w sypialnym
obojętnie-żółtym płomieniem.
ze zbioru: "BIAŁE PTAKI"
Samotność
Tylekroć we mnie rzucano kamieniem,
że teraz ciosu czekam już bez trwogi.
I nawet potrzask ma smukłe zwieńczenie,
jest niby wieża pośród wież wysokich.
Wdzięczność mam dla tych co go zbudowali.
Niech ich ominie smutek i cierpienie.
Stąd wcześniej widzę, gdy się swit zapali,
tu błyszczą słońca ostatnie promienie.
Często do mego pokoju łopocąc,
wlatują wichry przybyłe z północy
i gołąb z ręki dziobie mi pszenicę.
A nie skonczoną przeze mnie stronicę,
pełna spokoju nieziemskiego, lekko
muza dopisze swoją smagłą ręką.
***
Twój biały dom i cichy sad zostawię.
Niech życie będzie samotne i miłe.
i ciebie, ciebie w wierszach tak wysławię,
jak tego żadna nigdy nie czyniła.
Ty przyjaciółkę pamiętasz szczęśliwą
w stworzonym przez cie dla jej oczu raju,
a ja prowadzę handel osobisty-
ja twoją miłość i czułość sprzedaję.
***
Od miłosnych duszę się wspomnień.
Ja w ich dymie mam spalać się, śpiewać,
gdy dla innych to tylko płomieć,
zeby zimną duszę ogrzewać.
By w przesycie ogrzali ciała,
trzeba im mojego szlochania.
Albom po to, Boże, śpiewała,
po to zaznać miała kochania?
Niechże ja się trucizną napoję,
w niemą, w głuchą, niech się odmienię,
a niesławę złej sławy mojej
przenajświęszym zmyj zapomnieniem.
***
O! To ty znowu. Nie w zakochanego
chłopca postaci, ale męża stanowczego
do tego domu wszedłeś i mi się przyglądasz.
Straszna duszy ta cisza, gdy burza nadciąga.
I oto znów mnie pytasz, co z tobą zrobiłam,
któremu los na wieki swój dałam i miłość.
Sprzedałam ciebie. Dalej mam powtarzać jeszcze-
ile bym dała, zebyś przestał pytać wreszcie!
Tak martwy wciąż przemawia, sen mordercy trwoząc,
tak anioł żmierci czeka przy żmiertelnym łożu.
WYbacz, wybacz mi, proszę. Uczył Pan wybaczać,
moje ciało w cierpieniu nędznym się obraca,
a wyzwolony duch już zażywa błogości.
Pamiętam ten sa, pełen przejrzystości,
jesienny krzyk zurawi i te czarne pola...
O, jak mi z tobą słodka była ziemska dola!
***
Już nie uśmiecham się, nie śmieję,
na mroźnym wietrze wargi bledną.
O jedną odtąd mniej nadzieję,
lecz więcej będzie o pieśń jedną.
I tę wbrew woli wydać muszę
na drwiny i na pohańbienie,
bo tak boleśnie raniąc duszę
miłosne ciązy jej milczenie.
***
Jest w zażyłości ludzi tajemnicza sfera,
ni miłość ni namiętność nie ma doń przystępu-
choć w strasznej ciszy usta drżąc będą się zawierać,
a serce się z miłości rozrywa na strzępy.
I przyjaźń ru bezradna, i minione
lata wzniosłego szczęścia, i radości,
gdy ddusza obca jest i wyzwolona
z błogiego niepokoju zmysłowości.
Ci, którzy dążą do niej-od zmysłów odeszli,
tych, co dotarli-smutek wnet pochłonąl.
teraz rozumiesz już, dlaczego śpieszniej
nie bije moje serce pod twą dłonią.
***
Gdzieś przecież dzień jak zwykle z dniem sie splata
w zorzy przejrzystej, ciepłej i wesołej...
Sąsiad o zmierzchu upalnego lata
przez płot z dziewczyną gwarzy i jedynie pszczoły
słyszą najczulszą z rozmów świata.
A my spełniamy trudny, uroczysty
obrzęd każdego gorzkiego spotkania,
kiedy w pół słowa wicher porywisty
ucina niedopowiedziane zdania-
Nam pozostaje ranitowa pycha
chwaly i nędzy surowego grodu
i na szerokich rzekach jasność losu,
i bezsłoneczny mrok ogrodu,
i Muzy głos, szemrzący z cicha.
ze zbioru: "TRZCINA"
Muza
Gdy późną nocą na jej przyjście czekam,
znika świat cały, bo i cóż mi po nim?
Niczym jest młodość i wolność, i męka
wobec śpieszącej z fujareczką w dłoni.
I oto wchodzi. Biały całun na niej.
Już go odrzuca, wzrokiem mnie przeszyła.
Pytam: "Dantemu strony Piekła, Pani,
Tyś dyktowała?"Rzecze: "To ja byłam".
***
Zerwanie
1
Nie tygodnie, nie miesiące-lata całe
rozstawaliśmy się. I oto koniec
świeżym chłodkiem wolności powiało,
siwy ranek ubielił skronie.
Nie ma zdrad już, nieporozumień,
i już nie słuchasz co dzień do rana,
jak się sączy dowodów strumień
od słusznośi mej niezrównanej.
2
I tak, jak bywa zawsze w dniach rozstania,
widmo dni pierwszych zapukało ciche.
Pod wichrem szczęscia wierzba rozpłakana
wdarła sie siym gałezi przepychem.
I nam, zgorzkniałym, szalonym, wyniosłym
z wzrokiem utkwionym z pomieszania w ziemię,
zaśpiewał o tym ptak szczęśliwym głosem,
jak niegdyś kochaliśmy się wzajemnie...
ze zbioru: "SIÓDMA KSIĘGA"
***
Jeden wybiera prostą drogę,
drugi idzie zawiłą
i czeka, aż stanie przed ojca progiem.
I czeka na dawną miłą.
A ja mam-za mną licho-
nie prostą, nie kolistą:
do nigdy i donikąd.
Jak pociąg z urwiska.
***
Nigdy więcej na mój głos nie odpowie
serce pełne nieszczęścia i cierpienia.
Wszystko skończone. I lecą me słowa
w pustą noc, gdzie ciebie już nie ma.