środa, 10 czerwca 2009

Anna Achmatowa

ze zbioru: "RÓŻANIEC"

Popołoch

1

Było duszno od świateł potopu,

a oczy jego-jak blaski...

Jenom zadrżała. Ten oto

zdoła mnie wreszcie ugłaska.

Schylił się. Wnet padnie słowo.

Krew mi od twarzy odbiegła.

O, gdybyż płytą grobową

miłość na życiu mym poległa. 

2

Nie kochasz? Nie patrzysz juz na mnie?

Przeklęty! Twa piękność zdradziecka!

Nie mogę ulecieć jak dawniej,

a skryzdlatą byłam od dziecka.

Na oczach mych mgłę położono,

zlewają się twarze w rozterce,

i tylko tulipan, tulipan czerwony,

tulipan z twej butonierce.

3

Jakzwyczajna uprzejmość wymaga,

podszedł do mnie. Powoli. Z uśmiechem.

Na wpół czule, na wpół z powagą

dotknąl ręki gorącym oddechem.

I wejrzeniem sfinksowych pomników

jego oczy spojrzały bezdenne...

dziesięć głuchych westchnień i krzyków,

wszystkie moje noce bezsenne

w jedno ciche włożyłam to słowo

i wyrzekłam je, widać daremno.

Zostawiłes  mnie samą. I znowu

było w duszy mej pusto i ciemno.

***

Bezwiednie błagają litości

oczy. I cóż pcząc z nimi,

kiedy ktoś w mojej obecnosci

wypowie krótkie, dźwięczne imię?

Ścieżeczką na pola wychodzę,

wzdłuż szarych kłód, co w sągach leżą.

Tu wiatr jest lekki na swobodzie,

wiosennie porywisty, świeży.

A serce zbolałe już słyszy

z oddali wieść potajemną.

Ja wiem-on żyje, on dyszy,

on smutku nie dzieli ze mną.

***

Zawsze cicha jest czułość prawdziwa,

nic jej przed okiem nie skryje.

Próżno twoja ręka troskliwa

futrem otula mą szyję.

Próżno o miłości wschodzącej

mówisz mi pokornym westchnieniem.

O, jak znam uparte, płonące,

twe nigdy niesyte spojrzenie! 

***

Tak się czasem uśmiecham w skrytości:

tylko usta mi drgają nieznacznie.

To dla ciebie go strzegę tak bacznie-

bo ten uśmiech jest darem miłości.

Nie jest ważne, żeś zły i szalony,

nie jest ważne, że inne wciąż kochasz.

Szczerozłoty przede mną lsni ołtarz, 

szarooki przy mnie narzeczony.

***

Załamała ręce pod szalem.

"Tak pobladłaś, co z tobą, miła?"

-To dlatego, ze cierpkim żalem i goryczą go dziś napoiłam.

Wyszedł chwijąc się...Jak zapomnieć?

Twarz ściągnięta bólem, złamany...

Bz poręczy zbiegłam nieprzytomnie

i pobiegłam za nim do bramy.

Zadyszana krzyknęlam: "To żarty!

Żarty wszystko!Umrę-zostań przy mnie!"

On spokojnie, z uśmiechem pogardy 

odpowiedział: "Nie stój na zimnie".

***

Drzwi wpółuchylone,

lipy w dusznym wichrze...

Na stole rzucone

pejcz i rękawiczka.

Lampy krąg żółtawy...

Kroków nasłuchują.

Czemuś mnie zostawił!

Nic już nie pojmuję...

Wnet jutro pogodne

zalśni na błekicie,

Serce, bądź rozsądne-

uwierz w piękne życie.

Tyś osłabło serce,

bijesz ciszej, głuszej...

Wiesz, czytałam, śmierć jest

niedostępna duszy.

***

Piosenka o dniu pożegnania

Tak bezradnie pierś zastygła mi z chłodu,

ale szłam, zda się lekko iżwawo.

Rękawiczkę, ot tak, bez powodu,

z lewej ręki włożyłam na prawą.

I zdawało się, schodkow tak dużo,

a wiedziałam, ze tylko trzy były.

Klon zaszumiał w jesiennej wichurze.

Prosił: "zejdźmy do współnej mogiły!

Mnie oszukał, cyz słyszysz, los srogi, 

los niedobry i zmienny zarazem"

Zawołałam: "Mój miły, mój drogi,

i mnie również. Umrzyjmy więc razem"

To piosenka o dniu pozegnalnym.

Pbrzuciłam dom ciemny spojrzeniem.

Tylko świecei jaśniały w sypialnym

obojętnie-żółtym płomieniem.

ze zbioru: "BIAŁE PTAKI"

Samotność 

Tylekroć we mnie rzucano kamieniem,

że teraz ciosu czekam już bez trwogi.

I nawet potrzask ma smukłe zwieńczenie,

jest niby wieża pośród wież wysokich.

Wdzięczność mam dla tych co go zbudowali.

Niech ich ominie smutek i cierpienie.

Stąd wcześniej widzę, gdy się swit zapali,

tu błyszczą słońca ostatnie promienie.

Często do mego pokoju łopocąc,

wlatują wichry przybyłe z północy

i gołąb z ręki dziobie mi pszenicę.

A nie skonczoną przeze mnie stronicę,

pełna spokoju nieziemskiego, lekko

muza dopisze swoją smagłą ręką. 

***

Twój biały dom i cichy sad zostawię.

Niech życie będzie samotne i miłe.

i ciebie, ciebie w wierszach tak wysławię,

jak tego żadna nigdy nie czyniła.

Ty przyjaciółkę pamiętasz szczęśliwą

w stworzonym przez cie dla jej oczu raju,

a ja prowadzę handel osobisty-

ja twoją miłość i czułość sprzedaję.

***

Od miłosnych duszę się wspomnień.

Ja w ich dymie mam spalać się, śpiewać,

gdy dla innych to tylko płomieć,

zeby zimną duszę ogrzewać.

By w przesycie ogrzali ciała,

trzeba im mojego szlochania.

Albom po to, Boże, śpiewała,

po to zaznać miała kochania?

Niechże ja się trucizną napoję,

w niemą, w głuchą, niech się odmienię,

a niesławę złej sławy mojej

przenajświęszym zmyj zapomnieniem.

***

O! To ty znowu. Nie w zakochanego

chłopca postaci, ale męża stanowczego

do tego domu wszedłeś i mi się przyglądasz.

Straszna duszy ta cisza, gdy burza nadciąga.

I oto znów mnie pytasz, co z tobą zrobiłam,

któremu los na wieki swój dałam i miłość.

Sprzedałam ciebie. Dalej mam powtarzać jeszcze-

ile bym dała, zebyś przestał pytać wreszcie!

Tak martwy wciąż przemawia, sen mordercy trwoząc,

tak anioł żmierci czeka przy żmiertelnym łożu.

WYbacz, wybacz mi, proszę. Uczył Pan wybaczać,

moje ciało w cierpieniu nędznym się obraca,

a wyzwolony duch już zażywa błogości.

Pamiętam ten sa, pełen przejrzystości,

jesienny krzyk zurawi i te czarne pola...

O, jak mi z tobą słodka była ziemska dola!

***

Już nie uśmiecham się, nie śmieję,

na mroźnym wietrze wargi bledną.

O jedną odtąd mniej nadzieję,

lecz więcej będzie o pieśń jedną.

I tę wbrew woli wydać muszę

na drwiny i na pohańbienie,

bo tak boleśnie raniąc duszę

miłosne ciązy jej milczenie.

***

Jest w zażyłości ludzi tajemnicza sfera,

ni miłość ni namiętność nie ma doń przystępu-

choć w strasznej ciszy usta drżąc będą się zawierać,

a serce się z miłości rozrywa na strzępy.

I przyjaźń ru bezradna, i minione

lata wzniosłego szczęścia, i radości,

gdy ddusza obca jest i wyzwolona

z błogiego niepokoju zmysłowości.

Ci, którzy dążą do niej-od zmysłów odeszli,

tych, co dotarli-smutek wnet pochłonąl.

teraz rozumiesz już, dlaczego śpieszniej

nie bije moje serce pod twą dłonią.

***

Gdzieś przecież dzień jak zwykle z dniem sie splata

w zorzy przejrzystej, ciepłej i wesołej...

Sąsiad o zmierzchu upalnego lata

przez płot z dziewczyną gwarzy i jedynie pszczoły

słyszą najczulszą z rozmów świata.

A my spełniamy trudny, uroczysty

obrzęd każdego gorzkiego spotkania,

kiedy w pół słowa wicher porywisty

ucina niedopowiedziane zdania-

Nam pozostaje ranitowa pycha

chwaly i nędzy surowego grodu

i na szerokich rzekach jasność losu,

i bezsłoneczny mrok ogrodu,

i Muzy głos, szemrzący z cicha.

ze zbioru: "TRZCINA"

Muza

Gdy późną nocą na jej przyjście czekam,

znika świat cały, bo i cóż mi po nim?

Niczym jest młodość i wolność, i męka

wobec śpieszącej z fujareczką w dłoni.

I oto wchodzi. Biały całun na niej.

Już go odrzuca, wzrokiem mnie przeszyła.

Pytam: "Dantemu strony Piekła, Pani,

Tyś dyktowała?"Rzecze: "To ja byłam".

***

Zerwanie

1

Nie tygodnie, nie miesiące-lata całe

rozstawaliśmy się. I oto koniec

świeżym chłodkiem wolności powiało,

siwy ranek ubielił skronie.

Nie ma zdrad już, nieporozumień,

i już nie słuchasz co dzień do rana,

jak się sączy dowodów strumień

od słusznośi mej niezrównanej.

2

I tak, jak bywa zawsze w dniach rozstania,

widmo dni pierwszych zapukało ciche.

Pod wichrem szczęscia wierzba rozpłakana

wdarła sie siym gałezi przepychem.

I nam, zgorzkniałym, szalonym, wyniosłym

z wzrokiem utkwionym z pomieszania w ziemię,

zaśpiewał o tym ptak szczęśliwym głosem,

jak niegdyś kochaliśmy się wzajemnie...

ze zbioru: "SIÓDMA KSIĘGA"

***

Jeden wybiera prostą drogę,

drugi idzie zawiłą

i czeka, aż stanie przed ojca progiem.

I czeka na dawną miłą.

A ja mam-za mną licho-

nie prostą, nie kolistą:

do nigdy i donikąd. 

Jak pociąg z urwiska.

***

Nigdy więcej na mój głos nie odpowie

serce pełne nieszczęścia i cierpienia.

Wszystko skończone. I lecą me słowa

w pustą noc, gdzie ciebie już nie ma. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz